sobota, 29 grudnia 2012

I've Gatta dress!

Dzisiaj o sukience w groszki, która powstawała "we wielkich bólach" i o prezencie od Gatty, który to sobie wygrałam kilka dni przed świętami i który, według mnie oprócz funkcji opisanych przez producenta posiada także magiczne zdolności, które odkryłam siedząc przy suto zastawionym stole. Ale o tym później.

Wróćmy do sukienki.
Zaczęło się oczywiście od szmateksu, bo przecież tydzień bez odwiedzin tego diabelskiego miejsca to tydzień stracony. Tak więc, mniej więcej 3 tygodnie temu, wygrzebałam z niezbyt fajnie pachnącego kosza (wszystkie znają ten niezapomniany aromat lumpeksu) dwie niezbyt długie zasłonki, piękne, granatowe w delikatne białe groszki. No cudo po prostu. Cena powalająca - 22 zł za obie sztuki (materiału było gdzieś tak ze 2,5 metra szerokości 1,3 m). Jak było nie kupić? Po zaspokojeniu szmacianego głodu wróciłam do domciu i dawaj wymyślać co by to z tego uszyć. No i trochę byłam rozczarowana, bo pomysł przyszedł szybko (bo ja to tak lubię ze trzy dni pomyśleć, pooglądać, pomacać, porozkładać - no tak żeby się ponapawać tym procesem twórczym - a tu szast-prast i pomysł jest) - szyję kieckę na święta. Ale żeby nie było tak łatwo, to do realizacji zeszło mi się ruski rok - bo jak wspominałam w poprzednim poście, zaczęła się depresja zimowa pod tytułem "jestem gruba, brzydka  i stara i nikt mnie nie lubi", co niezbyt sprzyjało radosnej twórczości. Chwała Bogu są na tym świecie inni ludzie, co to potrafią walnąć wirtualną łapą w mój jak najbardziej realny łeb (specjalne podziękowania dla Izy z blogu IzabellartEwy, która ma swoje potyczki z maszyną, i Agnieszki bardzo Intensywnie Kreatywnej :) i naprostować życiorys. Depresja się przestraszyła zmasowanego ataku, a ja ruszyłam do krojenia.
Żeby sobie zaoszczędzić stresów, tym razem zrezygnowałam z Burdy (bo dopasować ich wykrój do własnej sylwetki to zadanie dla osób o wyższym wykształceniu, którego nie posiadam) i wzięłam na warsztat wykrój z Papavero, które to zawsze chwaliłam za wręcz minimalne poprawki, które musiałam wprowadzać. Grzecznie i wnikliwie przeczytałam opis  ingrediencji potrzebnych do stworzenia świątecznej kreacji, pomierzyłam się wzdłuż i wrzesz (trochę z cichym jęknięciem), wydrukowałam odpowiedni rozmiar, skroiłam, zszyłam, przymierzyłam i......No i mnie pokarało na całej linii! Za wąskoooooo! Wszędzieeeee! A najbardziej na płucaaaaach! Ani oddychać, ani się zgiąć a o siadaniu to mogę sobie ewentualnie poczytać.
Takich jobów to jeszcze nikt nie słyszał (ja pójdę do piekła za te wszystkie bluzgi). Dawaj czytać jeszcze raz te wszystkie "instrukcyje". No, ani słowa, że trzeba szyć z elastycznych materiałów. Szkoda mi było tej mojej roboty, a i terminy goniły, bo do świąt tylko 2 dni zostały. Niby wykorzystałam jedną zasłonę, ale drugą bardzo wspaniałomyślnie obiecałam siostrze, oczywiście w formie gotowej już sukienki. Popuściłam wszystkie szwy na maksa. W talii zrobiło się okay, ale gruczoły mleczne nadal wołały o większą przestrzeń życiową. Obejrzałam przód sukienki i stwierdziłam, że muszę wykroić ponownie boczki, ale z dużo większym wycięciem na cycki i nowe rękawy, bo w tych nie mogłam się nawet podrapać po głowie, kiedy się zastanawiałam co robić. Drugą zasłonkę musiałam nadgryźć (sorry Aniu,  Twoja będzie bez rękawów, wersja Wiosna-Lato 2013). No i ją skończyłam.







Efekt jest taki, że uszyłam sukienkę wybitnie na czerwony dywan, czyli - zero siedzenia, schylania, podnoszenia rąk do góry (mogę sobie ewentualnie pomachać od niechcenia moim fanom zgromadzonym przy tym czerwonym dywanie), a do drapania po głowie potrzebna jest osobista asystentka. I pewnie bym nie założyła tej kiecki gdyby nie pewien konkursik, co to go wygrzebałam, przy okazji zwiedzania zasobów internetowych.
Trafiłam na stronę Gatty (babie się nudziło) a tam pisze jak wół: Opisz nam jak pozbędziesz się cellulitu a my nagrodzimy najciekawsze wypowiedzi takimi oto zestawami:



A mi w to graj. Szyć nie trzeba (bo pomysłu to już by mi nie starczyło), wystarczy coś napisać (a jak widać na załączonym obrazku, to ja taka bardziej niespełniona pisarka niż krawcowa). Wysmażyłam zatem taki oto "dialożek"

Jak pożegnam swój cellulit? Myślę, że zanim się coś zrobi trzeba najpierw
porozmawiać. Może tak?

Ja:Cellulicie musimy się rozstać!

Cellulit: Jak to rozstać, po tylu latach wspólnego życia, po tylu
kilogramach wspólnie noszonych i tych hektolitrach wody magazynowanych w
każdej mojej najmniejszej komórce?

Ja: No właśnie, prawie całe życie jesteśmy razem. Ja czuję, że chcę
spróbować czegoś nowego, czego jeszcze do tej pory nie robiłam, ze względu na
Ciebie. Poświęciłam Ci najlepsze lata mojego życia, chce cofnąć ten czas.
Być znowu sobą!

Cellulit: Przecież pozwalałem Ci na wszystko: i na słodycze i okazjonalne
drinki i nie goniłem na siłownię. Miałaś to co chciałaś!

Ja: Tak, ale w zamian zabrałeś moją talię, gładkie uda, sprężyste ramiona i
wszystkie moje mini. Mam dość. Chcę to wszystko z powrotem!

Cellulit
: Przecież nie mogę Ci tego dać! Zabijasz mnie! Nie zostawiaj mnie!

Ja: Nie rycz, bądź mężczyzną. Odchodzę. To postanowione.  A Tobie radzę, jak
staremu przyjacielowi - weź się za siebie. Idź pobiegać, jedz zdrowiej, pij
więcej wody. Żadna Cię nie zechce jak będziesz dalej tkwił w tym marazmie.
Przemyśl to!
A tymczasem -żegnaj. Idę odzyskać siebie




No i się spodobało. Jako jedna z pięciu zostałam obdarowana. Paczka przyszłą w sobotę a w niej: pas gorsetowy, body wyszczuplające, dwie pary rajstop (podobno o działaniu antycellulitowym - kto wie?) i  para legginsów (też podobno odchudzają:). A to wszystko wyglądało tak:




Oczywiście od razu przywdziałam gorset i wciągnęłam na siebie dopiero co uszytą sukienkę no i mnie zamurowało(dzisiejsze zdjęcia oczywiście w gorsecie). Nie dość, że weszła bez oporu, to mogłam się zginać, siadać, drapać po głowie i co tam mi jeszcze natura  dała do robienia. Nie mówiąc już o tym , że spokojnie mogłabym ją jeszcze ze dwa centymetry zwęzić, ale darowałam sobie ten eksperyment, bo zima dopiero się zaczęła i jeszcze nie dobiłam do swojej corocznej zimowej wagi. Zresztą na święta 2 cm luzu przydadzą się jak nic.
Gorset sprawdziłam na Wigilii u teściowej. Obciskał me kształty gdzieś tak z osiem godzin i było mi w nim, o dziwo, wygodnie. Żadna fałdka się nie przecisnęła na zewnątrz i chyba, po raz pierwszy od 10 lat, odkryłam ,że jednak mam talię. Body wyszczuplające wbiłam na świąteczne śniadanie u rodziców i znów miłe zaskoczenie, bo nic się nie zsuwało, nie piło, nie podjeżdżało no i oczywiście była talia, która robiła wrażenie na bliższej i dalszej rodzinie (nie ma jak zazdrość - co?). I tak jak pisałam na wstępie, oprócz tych wszystkich działalności wyszczuplająco-korygujących, mają te "cusie" jeszcze dwa powody, dla których tak mi się dobrze w nich chodziło. Po pierwsze: prostują sylwetkę. No nie ma siły - musisz się prosto trzymać, kiedy coś Cię tak ściska (za stołem to chyba wyglądałam jak XIX-wieczna dama) i po drugie i chyba dla mnie na święta najważniejsze - jesz POŁOWĘ tego co normalnie - bo przecież Cię ściska, więc masz wrażenie, że jesteś najedzona. Rewelacja! Ale żeby nie było, że tylko słodzę to muszę niestety powiedzieć, że z gorsetu wydostała się na zewnątrz jedna fiszbina. Da się to oczywiście naprawić, ale taki delikatny niesmak pozostaję. Szkoda, że jakość wykonania nie idzie w parze z jakością noszenia :(
I teraz chciałabym przeprosić wszystkie sufrażystki, feministki i inne kobiece stowarzyszenia walczące o wolność osobistą i cielesną kobiet na całym świecie, bo JA CHCĘ GORSET. Niech mnie ściśnie, wciśnie, wyciśnie, byleby dał talię i wygląd klepsydry.

Oj dałam Wam dzisiaj do pieca, ale mam wrażenie, że od ostatniego postu minęły wieki, i moja grafomania domagała się uzewnętrznienia. Dlatego co złego to sąsiad, i do następnego razu.
Buziaki!

środa, 26 grudnia 2012

NAJLEPSZEGO!






 




DZIEWCZYNY - WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO NA BOŻE NARODZENIE - I WIELKIE DZIĘKI ZA TYLE ZAINTERESOWANIA I CIEPŁYCH SŁÓW, KTÓRE MI ZOSTAWIACIE W KOMENTARZACH

WIOLA R.

wtorek, 18 grudnia 2012

Wpis o niczym!

Naprawdę! NIE MAM O CZYM NAPISAĆ!

 Normalnie jakaś blokada, niemoc ogólna i brak weny.

Niby ręce mnie świerzbią, żeby coś uszyć, ale nie mogę się przemóc, żeby wyciągnąć tego staruszka z kąta i coś na nim zmajstrować.
Mam materiał na dwie sukienki, ale żadnego pomysłu co z tego miałoby powstać. Zielona kratka tez leży już z pół roku (nawet wstyd mi już o niej pisać) i aż boję się na nią patrzeć. Ręce mnie bolą od przekładania tych Burd, a głowa od dumania w czym będę dobrze wyglądać. Obecny stan mojego ducha określiłabym krótko - jestem stara, gruba i brzydka :). No i teraz pokażcie mi kogoś mądrego kto w takim rozkosznym nastroju uszyje kreację godną pokazania. Jak sobie pomyślę, że znowu trzeba ciąć, dopasowywać, zszywać, podkładać to tak mi się odechciewa, że aż strach. Boszeee - depresja zimowa jak w pysk!
Żeby sobie poprawić humor wzięłam się za drutowanie. No i tak sobie polepszyłam, że robię już teraz piątą wersję swetra i jak tak dalej pójdzie to z tej włóczki już nic nie udziergam, bo od tego ciągłego prucia to bardziej przypomina sznurek niż mięciutką  włóczkę  z pierwszej wersji. Pani sklepowa tak mi ją zachwalała, że niby biorą ją kobitki na sweterki dla dzieci, taka delikatna i przyjemna. No może taka i była, bo teraz to pasuje zrobić z niej druciak do mycia naczyń. Jednym słowem działanie terapeutyczne drutów mogę sobie wsadzić - wiecie gdzie?
Kolejnym "polepszaczem" mojego humoru jest oczywiście niezmiennie od lat - pogoda .Jak tak siedzę sobie w ciepełku to może i fajnie popatrzeć przez okno na takie widoki jak dziś.......



  Jedyna pora w roku, kiedy mojego psa widać po ciemku













 ......ale z drugiej strony po prostu uwielbiam pasjami, jak mnie zasypie, zawieje, gil mi w nosie zamarza i zanim wyjdę z domu to spędzam 40 minut na ubieraniu, a raczej na wciskaniu pod kurtkę kolejnych warstw ciuchów, które i tak nic nie dają, bo mi jest zawsze zimno. I mogłabym sobie tak zakładać 5 swetrów, 3 podkoszulki i jeszcze parę innych bieliźnianych dodatków a i tak najpierw mi zmarzną nogi a potem  cała reszta. Kocham zimę !

Kurczę, teraz sobie przypomniałam.!
Kochani, chciałam Wam podziękować za głosy w konkursie Kanwy. Naprawdę miło mi było, że mój apel nie pozostał bez echa. Niestety nie udało mi się wygrać. Przegrałam z nosidełkiem dla dziecka, co wydaje mi się podwójną porażką, biorąc pod uwagę trudność wykonania tego czegoś,( choć może jestem teraz nazbyt krytyczna) a także z 10 innymi kreacjami. Nie ma wyjścia, trzeba jeszcze naoliwić Łucznika i modlić się coby jeszcze trochę pociągnął, lub.....wziąć udział w kolejnych konkursach z równie optymistycznym nastawieniem :)))))
Ale wracając do meritum - jeszcze raz  DZIĘKUJĘ!!!!!

 Ufff...ale se pogadałam. Podobno jak tak się człek wyżali to mu się lżej robi na wątrobie czy tam na innym jakimś układzie współczulnym. Kto wie - może pomoże i jeszcze coś uszyję?

Tym które doczytały do tego miejsca i nie podcięły sobie żył - gratuluję odwagi i składam wyrazy uznania.
A jeśli któraś zrezygnowała z dalszego czytania, to niech się nie gryzie z tego powodu, bo ja teŻ bym sobie darowała lekturę przewodnika dla samobójców. Nie pozostaje mi nic innego jak powiedzieć Wam -

WESOŁYCH ŚWIĄT!

:) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :) :)

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Bezczelna agitacja z mojej strony :))

A co? Mój blog, wolno mi :))

A agitacja dotyczy konkursu Kanwy, w której to parę tygodni temu odbyło się krakowskie spotkanie blogerek zorganizowane przez LolęJoo

Kanwa ogłosiła konkurs i ja na ten konkurs posłałam mój retro płaszczyk z misją, w której celem nadrzędnym jest wygrana nowej, pachnącej maszyny do szycia (godnej następczyni mojego 30-letniego Łucznika)


Płaszczyk można sobie dokładnie obejrzeć  TUTAJ

A głosować można na Facebooku, na stronie Kanwy, TU PODAJĘ LINK . Zadanie proste, bo wystarczy "polubić" moje zdjęcie :). Cała akcja trwa do 16 grudnia do północy.

No, agitacja przebiegła bez zakłóceń, więc pozdrawiam konkurencję i idę prać zasłony :))))

p.s
Oczywiście głosujcie jeśli płaszcz się Wam podoba, bo konkurencję mam godną i także wartą tej nagrody :))))

sobota, 8 grudnia 2012

....żeby było ładnie i się łatwo otwierało....


Tydzień zaczął się właśnie tak. Gorąca kawusia, do tego ciasteczko ( nie widać, bo już zeżarłam), druty z zaczętą piątą wersją swetra (zima się jeszcze nie rozkręciła, więc terminy nie gonią). W piecu napalone, bo z rana męża pogoniłam. Pełen relaks i nirwana po tych wszystkich przebojach z "ciężkim" szyciem dwóch płaszczy na raz. Siedzę sobie cichutku w ciepełku, macham drutami, zapuszczam się myślami w odległe krainy, obmyślam co tam sobie lekkiego uszyje (mam na myśli ciuch, na który nie potrzebuję hektarów materiału i przy przenoszeniu którego nie trzeba wynajmować dźwigu wraz z seksowną obsługą) i nagle jebut... Mózg się odezwał, ba, powiedziałabym, że wręcz ryknął - firany i zasłony dla Aniiiii! No i szlag trafił nirwanę!!!! Nie dlatego, że nie lubię siostry, nie dlatego, że nie lubię firan, ani nie dlatego, że nie lubię szyć. MNIE JUŻ BOLAŁO CAŁE CIAŁO! Od klęczenia na podłodze i przewalania materiału w celu zmierzenia, wykrojenia, przycięcia, skrócenia i innych pobocznych czynności w skrócie nazywanych "pracami przygotowawczymi", a które to prace zajmują 95% czasu w procesie szycia. Wiecie o czym mówię - nie?
Niestety, mózg wrzeszczał coraz donioślej, sumienie i dane słowo też już zaczęły popiskiwać, więc rada-nierada opuściłam przytulny kąt tuż przy grzejniku i wyciągnęłam wielką torbę, wraz z całą jej zawartością. A zawartość torby mogła powalić nawet największego twardziela - 7 metrów tkaniny szantung na zasłony, plus 12 metrów firany w kolorze ecru i na dobicie spore kawałki materiału na obrus i poszewki na poduszki. Uuuuu.....
Anna -Siostra Moja Rodzona w rok po mnie- zakupiła te wszystkie dobra w zeszłym tygodniu. Sama jej w tym pomagałam na własną zgubę i potępienie. Miało się to wszystko zamienić w dekoracje okienne do salonu i kuchni oraz w parę ozdobnych pierdółek.
Temat dla mnie nie nowość. trochę się tego w życiu uszyło (nawet zawodowo się tym zajmowałam). Nie, to nie problem (oprócz tego bolącego ciała). Najlepsze w tym wszystkim było wyciągnięcie z  Siostry jej wizji tego co chciałaby przez następne kilka lat oglądać w swoim oknie na świat. Przytoczę rozmowę:

Ja: Ile ma karnisz w salonie?
Ania: Wiesz co, ze dwa i pół metra. Albo nie - ze trzy. No tak między dwa i pół a trzy.

Ja: A wysokość do podłogi?
Ania: Ze dwa i pół. Nie, tyle to nie ma. Te Twoje zasłony co mi kiedyś dałaś są akurat, więc nowe też tak uszyj (zasłony dla siebie szyłam z 8 lat temu, na dobrą pamięć nic nie biorę, ze dwa razy zmieniałam wysokość własnych karniszy. jednym słowem - nie wiem!)

Ja: A w kuchni karnisz?
Ania: No też tak ze dwa metry szerokości i pewnie z 1,60 m do parapetu.

Ja:  To jakie chcesz te firanki?
Ania: Oj nie wiem. Zrób tak, żeby było ładnie! Aaaa, i żeby można było łatwo dostać się do okna. No bo trzeba je otwierać. I mam duże drzwi balkonowe, no to żeby można otworzyć i w kuchni żeby też można łatwo otworzyć.

Ja: Obrus chcesz na cały stół?
Ania: No nie wiem. Może na cały, albo nie,  może taki długi bieżnik. Albo tak przez środek. Nie wiem, no żeby było ładnie.

Ja: Znasz wymiary stołu?
Ania: No długi jest.

Konkluzja:
Uszyć, żeby było ładnie i żeby można łatwo otworzyć (cokolwiek to znaczy) i żeby było przez środek, ale tak żeby można położyć wszerz!!!!!

Rozmowa dość surrealistyczna, przyznacie sami. Prowadzona niby osobiście, ale w momencie kiedy Ania nie przebywała przez jakiś czas we własnej zagrodzie, więc nie mogła zdjąć miar wymaganych przeze mnie. A wszystko musiało być szyte już, tak by przed świętami godnie sobie powiewało w okiennych framugach.


Człowiek to jednak stworzenie inteligentne i da radę, nawet jak mu się wydaje, że nie ma miejsca w żadnej izbie, by odmierzyć te dwa i pół czy trzy metry w jednym kawałku. Co więcej - odkrywa w sobie wręcz ponadprzeciętne zdolności pozwalające na wyczarowanie z 7 metrów materiału  (szerokości 1,45m) dwóch zasłon na karnisz 3 m (przyjmijmy tę wersję) i do tego jeszcze ozdobienie ich tak, by po zasłonięciu (warunek konieczny) nie wyglądały jak smętnie wiszące połacie materiału.
Potrafi też uszyć obrus, taki co to ma być wszerz ale i wzdłuż i firanki co się łatwo przy nich otwiera. Dorzuci też poszewki na poduszki, krojone z kawałków materiału, bo po całości zabrakło.

Chciałam teraz Wam to wszystko pokazać i to zrobię, ale jakość tego pokazu jest do d...y. Powód jeden, jedyny i najważniejszy - brak odpowiedniego światła. Na każdym zdjęciu inny kolor. Tu się za bardzo błyszczy, tu wszystko zielone. Boszeeeee.... No trudno. Nie ja jedna tak mam. Jakoś się dociągnie do wiosny.

 

 Oto i obrus. Atrakcyjnie ułożony jak najbliżej okna.






 Odszyty, jak widać, profesjonalnie - w kopertę



 Taka mała impresja na temat okiennej ozdoby



 I sama okienna ozdoba. Okazuje się, że ja karnisz mam dużo niżej i nie  mogę pokazać zasłon ni firan w pełnej krasie, bo się szlajają po podłodze i gucio widać. Tu widoczny górny element zdobniczy w postaci zmarszczonej na taśmie falbany i takiego pierdutka (w sumie na każdej zasłonie są trzy takie pierdutki umieszczone co 20 cm - no pełna improwizacja :))



Tu z kolei rąbek firany i odszycie dołu zasłony, która to zasłona nie jest wcale sraczkowa. lecz ma kolor bardzo zbliżony do tego na poprzednim zdjęciu a zakład dolny jest w kolorze tych pierdutków.



I na koniec osławione poszewki a la patchwork (nawet bardzo a la)



Ania jeszcze tego nie widziała. Zapewne dziś nastąpi okazanie i się właśnie okaże czy wszystko gra i śpiewa.
Ja swoje zrobiłam, jestem zadowolona i naprawdę marzę o jakimś małym cusiu do uszycia. Malusim, milusim, tak maksymalnie z półtora metra materiału..

piątek, 30 listopada 2012

Vintage Girl


Choć czasy skromnego dziewczęcia mam juz daaaawno za sobą, to jednak pozwoliłam sobie na taką  niedyskrecję, bo zwrot Vintage Woman jakoś mi nie brzmi. A powód mam jak najbardziej uzasadniony, ponieważ oto objawia się nam długo zapowiadany i strasznie długo szyty płaszczyk ze "szlaufu".
W zasadzie to chyba powinnam oddać go od razu do pralni, bo chyba jeszcze nigdy nie zdarzyło  mi się, żeby ciuch który szyję miał kontakt z każdą powierzchnią płaską (i niestety nie zawsze odkurzoną) jaka znajduje się w mojej hacjendzie (przypomnę 45 m kw.). No dobra, może wszędzie nie leżał, bo nie było go w łazience, ale resztę podłóg, czyli kuchnia, sypialnia i "salon" ma zaliczone w ilościach hurtowych i na zapas. Posprzątałam nim (oczywiście niechcący) wszystkie kąty, bo nie mieścił mi się na stole kuchennym, który w przerwach między posiłkami służy za stół do krojenia, nie tylko marchewki czy ziemniaków, ale przede wszystkim materiałów (moje podejście do gotowania już chyba znacie:)
A umyśliłam sobie wdzianko stylizowane na lata 60-te, zważywszy iż posiadam przebogaty zbiór Burd z tamtych lat i naprawdę grzechem zaniechania byłoby udawanie, że nic tam nie ma ciekawego do uszycia. Poprosiłam więc łaskawie Szanownego Małżonka (tak w ramach dbania o jego tężyznę fizyczną, a nie tylko schabowy i schabowy) by wydobył mi ze dwa pudła z gazetami (ja słaba kobietka nie mam siły tachać tego w te i nazad, bo przecież nie może stać na wierzchu). No i wydobył postękawszy trochę, pewnie tak w ramach profilaktyki, a ja "zasiędłam" do przeglądania,  "Zasiędnięcie" trwało ze trzy dni, oczywiście z przerwami na inne czynności życiowe, typu "głodny jestem". Zostały wybrane cztery modele, przedstawione mojemu domorosłemu dyktatorowi mody do akceptacji, która to akceptacja objęła model zamieszczony na zdjęciu poniżej.


zdjęcie pochodzi ze strony http://www.ms77.ru/articles/biblioteka/16426/
No i pomna moich turbulencji życiowych związanych z szyciem szarego płaszcza  zaczęłam czytać instrukcję.
Może słowo "czytać" jest tu mało adekwatne, gdyż instrukcja była zamieszczona w ojczystym języku założycielki pisma, czyli po niemiecku, a ja ten język pamiętam jak przez mgłę z czasów mojej kariery naukowej w liceum, co było tak dawno, że już nieprawda. Na szczęście z obrazków wywnioskowałam brak podszewki, to znaczy źle mówię. Podszewka była, taka materiałowa a mi chodziło o ocieplenie płaszcza watoliną, czy jak to się tam nazywa, więc po przekalkowaniu wszystkich części dodałam 4 cm do całego obwodu, tak by jednak upchać tam coś grubszego. W sumie to tak mówię, że szyłam w/g tego wykroju, ale to trochę oszukaństwo z mojej strony, bo z oryginału to zostały tylko kieszenie i te ozdobne karczki.
Rękawy uszyłam z wykroju do szarego płaszcza, bo te przygotowane do tego modelu nawet z samą materiałową podszewką nie pomieściłyby moich "bułków" podramiennych, nie mówiąc już o bułkach opatulonych watolinką. Skróciłam całość o dobre 30 cm, bo strasznie nie lubię jak przy chodzeniu majta mi się coś koło kolan, a zresztą jak widzicie na oryginale ta ich długość to taka ni przypiął ni przyłatał. Ani to krótkie, ani długie...łeeee....Oprócz tego dodałam od siebie (by "spersonalizowaś to dzieło) czarną fastrygę dookoła klapek, kieszeni, karczków i kołnierza, bo jakoś za mało ozdobny mi sie wydał (chyba się starzeję, niedługo skończę w różu i obwieszona cekinami..brr...) No i oczywiście walczyłam z wykrojem podszewki. Nie mogłam dostosować tego, który zamieścili, bo starczał tylko na kawałek przodu i to też w jakiejś takiej dziwnej konfiguracji. Może coś tam naskrobali w opisie, ale jak już wspomniałam ten język obcy jest mi właśnie obcy.
Powiem Wam, że w sumie to nie miałam z nim w trakcie szycia strasznych problemów. Flausz to jednak fajny materiał, nie przesuwa się, trzyma fason, jak przyłożysz tak leży. Liczba sprutych szwów znacząco poniżej średniej krajowej. Zeszło mi się z nim tyle, bo po prostu chciałam go starannie i zgodnie ze sztuką uszyć. Jedyny malutki minusik: jak się połączy ze sobą płaszcz i ocieplinę to to jest cholernie ciężkie! Tak się tym nawywijałam w ostatnim dniu wykańczania, że zakwasy miałam jak po niezłej sesji na siłowni z własnym, mało wyrozumiałym trenerem osobistym (czyli znowu będą większe buły na ramionach - ech, życie...).
Ale jest! Całkiem udany, grzecznie leży na mym ciele, nigdzie nie ucieka, mieści ocieplinę i jak widać grubszy sweter też. A, i sesje też sobie walnęłam taką stylizowaną, niby lata 60-te (nieoceniona pomoc programu Picassa3). No to zapraszam!




  Wspomniane "dziewczę"



 ...z ufnością patrzące w przyszłość...



 ...z nadzieją na mały odlocik...



 i nie oglądające się za siebie.


A teraz trochę szczegółów.










 Upss... to raczej wielki kawał gęby


 ..to też...


 Boso nie chodzę, ałtfit w pełnym wydaniu.













 Wrzuciłam też parę zdjęć z wieszaka, bo na nich widać jak to to wygląda nie zawiązane, a zresztą i tak chcę się nim pochwalić :)
























Teraz się dopiero kapnęłam, że nie ma ani jednego zdjęcia podszewki, ani odszyć karczków i kieszeni, a specjalnie dałam je w kontrastowym kolorze (modna tej jesieni szmaragdowa zieleń, a co?). Musicie uwierzyć na słowo, że podszewka pięknie wszyta a odszycia szałowe :).

Podsumowując:
Płaszcz cacany, już noszony i wzbudzający zazdrość na ulicy (wiem co mówię, bo byłam w nim dziś na zakupach)
Na razie mam dosyć ciężkiego szycia. Dwa płaszcze po rząd, to nawet więcej niż dwa grzybki w barszcz.
Marzę o uszyciu czegoś lekkiego, zwiewnego i nie powodującego zadyszki przy przenoszeniu z jednego pokoju do drugiego.
Idę na rekonwalescencję!
...ufff...

poniedziałek, 26 listopada 2012

Gwiazdka w listopadzie..




Tak się właśnie czuję, a to ponownie za sprawą Ani, która prowadzi bloga szycie ani, i która ponownie doceniła moje -  powiedzmy - szycie, jak i beztroską grafomanię, uprawianą przeze mnie w ilościach wręcz nieprzyzwoitych. Czuję się dodatkowo wyróżniona, bo Ania to zawodowa krawcowa, więc i zaszczyt większy (choć pewnie i tak fajniej piszę, niż szyję). Ańdziu, oto moje odpowiedzi:

1. Gotowanie czy pieczenie?
Raczej kupa forsy, żeby byłoby mnie stać na zatrudnienie kucharza, bo do kuchni wchodzę jak muszę, a muszę codziennie!


2. Ulubione miejsce w domu?
Kuchnia nie, to już ustaliłyśmy.  Myślę, że "salon" .Piszę w cudzysłowie, bo mój salon ma 13 metrów kw., jest w kształcie strasznie wąskiego prostokąta z jednym oknem od strony północnej, dzięki temu nie ma w nim słońca przez okrągły rok, za to przez 365 dni w roku nazywany jest ciemną norą. ale i tak go lubię :)))


3.Dlaczego założyłaś bloga?
Bo mój mąż jako źródło pochwał moich dzieł wydawał mi się mało kompetentny (no bo się kochamy, więc wszystko mu się podoba. i na każdą rzecz reaguje "ochami" i ", "achami", a jak nie reaguje, to ja tak się spojrzę, że zaczyna reagować, więc potrzebowałam bezstronnej widowni, ale się trochę zdziwiłam, bo bezstronna widownia, też reaguje tym samym :)))


4. Twoje marzenie?
O rany, ja jestem straaaaasznie przyziemna. Moje marzenia to pełna micha, zadowolona gęba i zero problemów do omawiania przy wódeczce.


5.Trzy ulubione kosmetyki? 
Woda, mydło i świeże powietrze. A nie, jeszcze pasta do zębów, dezodorant, szampon, nożyczki do paznokci i proszek do prania. Jednym słowem ma pachnieć, nie śmierdzieć !


 6. Bezcenne dla ciebie?
Święty spokój :))))


7. Co zmieniłabyś u siebie?
W sumie to się lubię, ale.... jakbym mogła tak machnąć czarodziejską różdżką, to bym chciała być bardziej przebojowa :)))


8.Ulubiona pora roku?
Każda -  pod warunkiem, że średnia temperatura oscyluje w granicach 25-28 stopni Celsjusza :)))


9.Jak wakacje to w jakim kraju?
Wymarzony kraj wakacyjny - ciepło, tanio, blisko, nad morzem, przystojni ratownicy, ja chudsza o 10 kilo i młodsza o 10 lat.
A tak naprawdę -  wszędzie, byle nie w domu, byle z mężem i tyle w tym temacie :)


10.Jakiej muzyki słuchasz?
Według mojego męża, nie tej co powinnam :)))


11.Ulubione ciasto?
Duże, słodkie, z kremem (najlepiej śmietanowym bądź jogurtowym). Nazwa jak najmniej istotna :))



No to się napisałam na swój temat jak chyba nigdy przedtem.
Ale, żeby nie było tak słodko, to nie nominuję nikogo, bo wszyscy przede mną zrobili to za mnie i nominowali te blogi, które lubię i często odwiedzam.
Idę się popuszyć jak paw, może Ślubny to wytrzyma !

piątek, 23 listopada 2012

.....szarość, szarość widzę.....


Jest płaszcz a miało go nie być. Właściwie to miał być, ale z czerwonego flauszu a nie z kanapowego obicia w kolorze ...bleee...szarym. Mówię "bleee", bo chyba nie ma bardziej nie lubianego przeze mnie koloru niż wyżej wspomniany. Do tego jeszcze z dziwnego sztruksu, co to niby nim jest a niby nie. I tu, co inteligentniejsze jednostki zadadzą sobie jedno, ale jakże istotne pytanie: po coś babo w takim razie szyła, skoro Ci się nie podoba?!
No  widzicie, jest całkiem logiczny powód powstania tego okrycia zgrzebnego. Otóż miał być to prototyp, wersja próbna, egzemplarz testowy przed pocięciem i niechybnym zmarnowaniem drogiego memu sercu (a portfelowi jeszcze bardziej) czerwonego flauszu, który z założenia ma zamienić się w istne dzieło sztuki krawieckiej, czyli zimowy płaszczyk.
Aby to mogło nastąpić należało poćwiczyć swoje skromne, póki co, umiejętności na czymś mniej kosztownym. Dlatego też udałam się do świątyni każdej domorosłej krawcowej, czyli do lokalnego szmateksu i tam dzielnie walcząc  z coraz bardziej napierającym na mnie tłumem dzikich bestii (jednym słowem dzień przeceny) wydobyłam z przepastnych czeluści wielkiej skrzyni narzutę z wielką falbaną. Po pomacaniu, wymiętoszeniu, potarganiu stwierdziłam, że się nada. Cena powaliłaby na kolana nawet najbardziej zagorzałą przeciwniczkę second-hand'ów - całe 7 zł. Spocona, wyczerpana i głodna wróciłam do domu (przy użyciu Szanownego Małżonka i jego cud maszyny na czterech kołach) i czem prędzej rzuciłam się do internetu na poszukiwanie formy.
Znalazłam !!!! Oczywiście Burda, ale nie wiem, który numer.





 POMIERZYŁAM TRZY RAZY. Ufff!!!
 Zrobiłam wykrój, wycięłam starannie części z materiału, nie przejmując się, że nie starcza na pagony i pasek z tyłu (przecież to wersja testowa), wdziałam na grzbiet i..... kurcze, fajnyyyy! No normalnie szkoda wyrzucić! Co prawda kolor taki nie mój, materiał też -a la kanapa do salonu, ale żeby tak od razu na szmaty do podłogi, nieee. Cmokałam, dumałam ze dwa dni. Szanowny nawet się zainteresował i po wysłuchaniu wszystkich moich dywagacji i rozważań powiedział krótko i po męsku : Wykończ go! Cóż było robić. Ponownie udałam się na zakupy, tym razem do "normalnego" sklepu, w celu zakupienia ciepłej podszewki (należy przecież czymś wypchać tę kurtkę, w końcu idzie zima) w cenie 30 zł za 2 m (cena po znajomości) no i oczywiście guzików (2,70/sztuka +plus cena paliwa i półtorej godziny z życiorysu, ponieważ jechałam po nie 34 kilometry w tą i z powrotem, gdyż w naszej pasmanterii można sobie kupić ewentualnie gumkę do majtek). Jednym słowem materiał za 7 złociszów a dodatki za pół setki - interes  życia normalnie:)).
Tak uzbrojona przystąpiłam do wykańczania jegomościa. No i się zaczęło. Niby przecież wszystko mierzyłam i oglądałam ten wykrój z dziesięć razy, ale jedna, jedniutka rzecz mi umknęła. MODEL NIE POSIADA PODSZEWKI. Nie ma, nie będzie, nie jest przewidziana! Jeeeezuuuu!!! Za coooo!!!!
Ręce mi opadły po same kolana. Pieniądze wydane, no może nie w ilościach hurtowych, ale jednak i nie mam do czego tego wszystkiego wszyć.
Zaczęłam więc kombinować z wykrojem. Układać, mierzyć, przesuwać, dopasowywać. Coś tam się udało wyrysować i wykroić. Idealnie może nie było, ale byłam już dostatecznie zdesperowana, by się takimi szczegółami nie przejmować. Zszyłam, wepchałam na próbę w płaszczyk, założyłam na ciało i po raz kolejny zawołałam - o Jeeezuuu! Za ciasne!!!! Wszędzie!!!! I na plecach i w rękawach i płucami tez nie pooddycham!!! Za ciasne, bo przecież ten model nie ma  podszewki, więc jest skrojony bliżej cielska. Znowu płacz i zgrzytanie zębami.
Wyciągnęłam podszewkę i dawaj oglądać wierzch. Może da się popuścić (szwy oczywiście). Da się. Na szczęście zapasy dałam tak jak kazali 1,5 cm (z reguły robię węższe). Dawaj pruć. Pruło się dobrze, nawet za dobrze, bo razem z materiałem! Posiepałam szwy na plecach jakbym chciała sobie zrobić frędzelki. Łzy w oczach, łacina na ustach, chłop uciekł z domu.. Następna akcja ratunkowa - podklejam szwy fizeliną, tak zszywam, a od wierzchu daję wąskie paseczki, żeby przykryć te uchodzące szwy i to wszystko jakoś ustabilizować. Uffff! Trzyma się. No to od początku. Bach podszewka do środka, całość na grzbiet i.... no jest lepiej. Nie cudownie, nie wspaniale, ale da się oddychać i mogę podnieść rękę do góry w geście zwycięstwa. Wszyłam więc tą podszewkę za 30 zł beż specjalnego entuzjazmu, potem godzinę ćwiczyłam robienie dziurek (bo to mój pierwszy raz był), zrobiłam te dziurki, przyszyłam te guziki po 2,70 za sztukę i tym sposobem stałam się posiadaczką płaszcza jesienno-zimowego w nie lubianym przeze mnie kolorze i rozmiarze ciut nie tego. Zresztą rzućcie łaskawym okiem.

















Tak się ukrywa postrzępione szwy. Jak ktoś nie wie to pomyśli, że to taki lans ma być.








Ale żeby nie było, że się zniechęciłam. Co to to nie. Czerwony płaszczyk już skrojony (model retro - Burda z 1968 roku - korzystam ze swojego przepastnego archiwum), powiem więcej - część główna już zszyta i na razie wygląda super. Guziczki i podszewka kupione. Jeszcze kilka dni i się nam objawi (I hope). Trzymajcie kciuki, bo ten model też bez podszewki, ale wcześniej się tego doczytałam :)))